Zmienić siebie!

Zmienić siebie!

Zawsze interesowałam się psychologią, taką “na własny użytek”. Kto z nas nie ma problemów ze sobą. W dzisiejszych czasach jest to choroba cywilizacyjna. Każdy ma dziś jakieś odchyłki od normy w granicach normy.

Mam niestety kiepskie doświadczenia jeśli chodzi o psychologów. Generalnie terapie okazały się nieskuteczne. Były nawet szkodliwe, gdy się dowiedziałam, że moje dzieciństwo, które uznawałam dotąd za dość szczęśliwe, było przepełnione toksycznymi wpływami otoczenia. Przynajmniej dowiedziałam się kogo mam obwiniać za moje problemy. O ile pamiętam z każdej sesji wychodziłam z jeszcze większą depresją niż wcześniej i głową nabitą kolejnymi wykrytymi problemami z dzieciństwa. Według ówczesnej nauki poznanie przyczyny problemów miało spowodować katharsis czyli automatyczne zniknięcie problemu i uleczenie. W moim przypadku wyciąganie na światło dzienne i uświadamianie sobie masy błędów wychowawczych i zwykłych złośliwości czy głupoty moich rodziców, nauczycieli, sąsiadów, krewnych i rówieśników,  nie usunęło problemu. Raczej ilość problemów do rozwiązania urosła do granic niemożliwości. Korzystnej zmiany doznałam w czasach, gdy działał Kaszpirowski i cała Polska kładła ręce na ekranie telewizora.  Kto wie…

Zastanawiam się nad hasłem, które często słyszą osoby zmagające się ze sobą: “musisz zmienić siebie”. A co się dzieje, gdy terapia nie jest skuteczna: “ty nie chcesz się zmienić”.

“Zmienić siebie” oznacza brak akceptacji dla samego siebie. Fraza “zmienić siebie” sugeruje, że nie mogę siebie akceptować, że coś jest ze mną nie tak, czegoś mi brakuje, coś jest ze mną nie w porządku. Generalnie moja osobowość jest tak wadliwa, że muszę ją zmienić. Czyli ma się to nijak do akceptacji i lubienia samego siebie. W końcu jeśli coś jest w porządku to nie potrzeba tego zmieniać.

Osoba borykająca się z poczuciem własnej wartości, niepewna siebie, słyszy, że faktycznie jest do niczego i musi się zmienić. Dopiero jak się zmieni, będzie miała dobre relacje z ludźmi, zostanie zaakceptowana i pokochana. W praktyce oznacza to, że nie zasługujesz na akceptacji i sympatię, póki się nie zmienisz.

W zasadzie głównym problemem osób nieśmiałych, niepewnych siebie, z kiepskim poczuciem własnej wartości, jest to, że nie potrafią zaakceptować siebie takimi jakimi są teraz bez potrzeby żadnej zmiany. Tacy psychologiczni perfekcjoniści usiłują się doskonalić bezustannie i wpadają w histerię na myśl, że ktoś może ich skrytykować lub coś sobie o nich pomyśi. Tymczasem każdy jest niedoskonały, każdy popełnia błędy. Głupota ludzka nie ma granic. Jakby się tak głębiej zastanowić to głupota i krótkowzroczność jest przyczyną wszystkich ludzkich nieszczęść. A zmądrzeć nie możemy bo człowiek ma zdolność przewidzenia skutków swoich działań tylko do pewnego, niewielkiego stopnia.

Najgłupsze jest to, że wokół widzimy innych popełniających głupie błędy, zachowujących się głupio i niewłaściwie, dostających to na co nie zasłużyli i nadal uważamy, że im wolno a nam nie. Oni nie muszą być doskonali, a ty musisz.

Zazdrościsz komuś, kto dostał coś na co kompletnie nie zasłużył. Skręca cię w duchu, że inni mają tyle szczęścia,  a przecież niczym sobie na to nie zasłużyli. Jednocześnie czujesz, że ty nie zasługujesz na szczęście teraz. Miliony durniów opływa w bogactwa, na które nie zasługują, a ty uważasz że nie jesteś dość dobry/a, że nie zasługujesz, że musisz coś zrobić żeby zasłużyć, a przede wszystkim musisz “zmienić siebie”.

W zasadzie ozdrowienie psychologicznie powinno nie iść do przodu ale cofać się do poczucia, że nie musisz nic robić, nie musisz zasługiwać, zmieniać się, a tylko zaakceptować siebie takim jakim jesteś. W sumie poczucie własnej wartości polega na uznaniu, że to co mamy jest wystarczające. A co ważne, na tym, że to my oceniamy własną wartość, a nie inni ludzie. Jeśli tylko Bóg i ja mogę siebie ocenić, to nikt nie może mnie skrytykować. Wtedy ocena innych ludzi praktycznie się nie liczy. Można ją co najwyżej wziąć pod uwagę, żeby się doskonalić.

Jeśli próby “zmiany siebie” odnoszą kiepski skutek to oznacza, że “nie chcesz się zmienić”. Masz dodatkowy problem – poczucie winy, z powodu własnej głupoty, lenistwa, słabości, braku silnej woli. Wszyscy się tak starają, doradzają, chcę ci pomóc, a ty się opierasz temu dobrodziejstwu i “nie chcesz się zmienić”. Tak naprawdę tylko Bóg wie jaka zmiana byłaby dla ciebie dobra.

Ludzie nie są w stanie ciebie zmienić bo oceniają cie przez pryzmat własnej osobowości, która jest inna. Czyli będą starali się ciebie przerobić na własne kopyto. Jeśli będzie to niezgodne z twoją osobowością, to nastąpi opór. Sprawa wygląda inaczej jeśli dostrzeżesz korzyści ze zmiany.

Niektóre zmiany nie są w ogóle możliwe. Na przykład introwertyk nigdy nie stanie się lwem salonowym, choćby nie wiem jak walił głową w mur. W dzisiejszych czasach wysoko oceniane są osoby śmiałe, przebojowe, z tupetem, a nawet bezczelne.  Jeśli ktoś kiepsko wypada na tym polu, wmawia się mu, że powinien “zmienić siebie” o 180 stopni, czyli stać się kimś kim nie jest i nigdy nie będzie. Taka zmiana jest nierealna, a działania w tym kierunku są zwykłą stratą czasu.  Kłopot w tym, że nie wiadomo czy jakaś cecha jest wrodzona czy nabyta.

Chyba wszyscy staramy się wpłynąć na innych ludzi, zmienić ich. Udało się? Dokładnie! Dlaczego w takim razie ty masz “zmieniać siebie”.

Największą wadą “zmiany siebie” jest niekonkretność. Czy można zrealizować tak niekonkretny cel? Z celami jest tak, że jeśli postawisz sobie bardzo konkretny cel to masz na ogół jedną drogę jego osiągnięcia. Jeśli ona zawiedzie to klapa. Im mniej konkretny cel tym więcej dróg do niego wiedzie. Teoretycznie możliwość osiągnięcia celu się zwiększa. Ale możesz wtedy próbować wielu dróg i w końcu nie dotrzeć do celu. Jednak cel “zmienić siebie” to już chyba szczyt ogólnikowości.

Jeśli postawię sobie za cel będę sławną malarką akwarelistką, to mam jedną drogę: doskonalenie się w malowaniu akwarelą. Sposób jest konkretny, sprecyzowany i wiem co robić. Jeśli okaże się, że nie mam do tego drygu lub nie ma zapotrzebowania, to sukcesu nie osiągnę. Jeśli mój cel określę jako: chcę być sławną artystką, mam wiele dróg osiągnięcia celu. Mogę próbować raz tego raz tamtego. Mogę trafić lub nie trafić. Prawdopodobieństwo osiągnięcia celu jest pewnie takie samo jak w pierwszym przypadku.

Kiedyś oglądałam bajkę dla dzieci, w której różne zwierzaki ścigały się. Naśmiewały się ze ślimaka, że po co on w ogóle startuje. Ruszyły w drogę i zaczęły się kłócić, wymyślały drogi na skróty, myliły drogę w pośpiechu, miały różne pomysły. Gdy zwierzaki dotarły do celu ślimak już tam był. Bo ślimak spokojnie szedł. Nie zastanawiał się co robić, nie wymyślał, tylko po prostu szedł.

Jeśli mamy wytyczony konkretny cel to wiemy co robić. Najwięcej czasu tracimy zastanawiając się co teraz robić, jaką drogę wybrać.

Jeśli wyznaczam sobie cel “chcę zmienić siebie” to właściwie nie mam żadnego celu. Równie dobrze mogę sobie wyznaczyć cel “chcę osiągnąć sukces”  i miotać się i całe życie zastanawiać się jaki.

Cel “muszę zmienić siebie” nie tylko nie mówi co mam zmienić, ale wręcz przytłacza ogromem pracy, którą mam przed sobą.

Zupełnie podobne jest hasło “pozytywne myślenie”. Zgodnie z  teorią prawa przyciągania, jeśli będę myśleć pozytywnie w 100% 24h na dobę, to moje życie będzie się lepiej układać. Łatwiej byłoby myśleć pozytywnie w jakiejś jednej konkretnej sprawie. A i to nie jest takie łatwe.

Jak się tak zastanawiam nad wymaganiem “musisz zmienić siebie” to w ogóle nie wiem co konkretnie mam w sobie zmienić. Tak naprawdę nie wiem też, po co mam zmieniać siebie i co na tym zyskam. Co konkretnie zyskam i jakie będę mieć korzyści.

Najlepiej jest być osobą przebojową, z tupetem, bo tacy łatwiej sobie w życiu radzą. Widzę siebie oczami wyobraźni, jako przebojową biznes woman, która zarządza dużą firmą. Nie, to chyba nie leży w sferze moich marzeń. Będę umiała załatwić każdą sprawę. Fajnie ale chwilowo nie mam nic do załatwienia, dlatego mało mnie to motywuje. Jako odważna i śmiała osoba pójdę na bazar i będę umiała zachwalać towar i sprzedawać. Mija się to cokolwiek z moimi marzeniami o idealnym życiu. W wyobraźnie jestem duszą towarzystwa i gwiazdą imprezy. Czy to jest szczytem moich marzeń? Wszystko to może i fajne ale mogę się obyć.

Zamiast zadręczać się przymusem “zmiany siebie” bo urodziłeś/łaś się z brakiem czegoś, nawet nie wiesz czego ci brakuje, lepiej uzmysłowić sobie czego chcesz od życia. Może do tego żadna zmiana siebie nie jest potrzebna. Jeśli jakiejś cechy brakuje to czasem łatwiej jest obejść problem niż go rozwiązywać. Zgodnie z teorią kochania siebie, może w ogóle nie potrzeba siebie zmieniać, tylko zaakceptować siebie takim jakim jesteś. Po co dążyć do doskonałości, skoro nie ma nic gorszego niż doskonały bufon, który wszystko lepiej wie. Może lepiej cofnąć się, odpuścić sobie zmienianie siebie i wrócić do punktu wyjścia, że skoro Bóg cię stworzył to widocznie wiedział co robi.

Czy naprawdę musisz “zmienić siebie” czyli stać się kimś innym, zmienić się w 100%, być tym kim nie jesteś? Może lepiej iść małymi krokami. Wybrać jakąś małą sprawę, łatwą do wykonania. Najważniejsza jest jednak marchewka – co ja będę z tego mieć, jaką będę mieć korzyść jeśli to wprowadzę? Wtedy masz motywację.

Pamiętam, że kiedyś pokonałam zmorę swojego życia. Zamiast myśleć, że muszę bo inni ludzie tego wymagają, nagle odkryłam korzyść. Uprzytomniłam sobie, że ta umiejętność, której latami nie mogłam nabyć, niesamowicie ułatwia życie (moje życie a nie życie innych). Problem przestał mi sprawiać trudność niemal natychmiast.

 

 

 

 

 

 

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *