Ponuractwo w naszym kraju

Jestem w szoku! Ostatnio, 13 czerwca 2015, był w Warszawie mecz Polska Gruzja. Akurat piłką nożną się nie interesuje i trochę mnie zirytowało, że tramwaje nie jeżdżą bo jest jakiś mecz. Troche jeździłam tego dnia po Warszawie, a na koniec zrelaksowałam się w klubie fitness na Śródmieściu. Wracałam akurat po meczu. Zamiast wybrać kolejkę podmiejską, wsiadłam w autobus 525, który godzinami krążył przez Most Syreny, o ile pamiętam, okolicami stadionu narodowego. No wiec sobie jechałam usiłując się nie irytować, że to tak długo trwa. Oglądałam sobie ludzi wracających z meczu poubieranych w koszulki w barwach narodowych z orłem, wielki biało-czerwone kapelusze, peruki, szaliki. Wszystko biało-czerwone po prostu piękne. Ale miny jakieś smutne, niezadowolone, bez energii. Nikt sie nie cieszył, nie skakał z radości. Wszyscy szli sobie jakoś tak ponuro. No, myślę sobie, jak zwykle przegraliśmy. W tym kraju nikomu się nic nie udaje. Jak mawiano za komuny: „Jesteśmy biedni bo Polska jest biednym krajem”, żeby już nie przytaczać bardziej wisielczych tekstów z lekcji polskiego w socjalistycznej szkole. Jestem w takim wieku, że jeszcze to pamiętam.

Ale jakoś mnie to nurtowało i myślę sobie, sprawdzę w sieci wynik meczu. Jakie było moje zdziwienie gdy przeczytałam: wygraliśmy 4:0. I gdzie ta radość, entuzjazm, tańczenie i skakanie z radości kibiców, których drużyna wygrała? A polscy kibice wracają z meczu jakby przed chwilą obejrzeli kolejny odcinek serialu.

Czy to jest nasza cecha narodowa, że nie umiemy się cieszyć? Też mam ten problem.

Tyle razy słyszałam aby cieszyć się dniem dzisiejszym.Cieszyć się, że jest ładnie, słońce świeci, ładna pogoda, wiosna.

Jak się nauczyć cieszyć zwykłymi rzeczami. One się wydają takie zwykłe, nudne i nic nadzwyczajnego. Kupiłam sobie nareszcie lawendę na balkon. Ustawiłam tak skrzynkę, że widzę ją cały czas. Cieszy oko. Ale cóż w tym nadzwyczajnego. Zwykły kwiatek balkonowy, który w dodatku zwiędnie na jesieni.

Ten dzień, każdy dzień, trzeba przeżyć tak jakby to był ostatni. Nie w tym sensie, żeby sobie wyobrażać, że jutro umrę. Ale w takim sensie, że nie myślimy o przeszłości i przyszłości. Róbmy to co trzeba i to co chcemy najlepiej jak umiemy i nie zmuszajmy się do tego czego nie chcemy.

Nie nieśmy ze sobą bagażu przeszłości i nie rozpamiętujmy co ktoś nam powiedział 20 lat temu i co nas cały czas boli. Trzeba ten bagaż zostawić, wyrzucić, jako niepotrzebne śmieci.

Przypomina mi się przypowieść mnicha buddyjskiego:

„Pewien człowiek wrócił z pracy i zastał przed swoim domem ogromną kupę nawozu. Nie wiedział kto go zwalił i do kogo mieć pretensje. Naładował sobie tego nawozu do kieszeni i wszędzie go nosił opowiadając wszystkim  co go spotkało, rozsiewając wokół smród. Ktoś inny w takiej samej sytuacji wziął taczki i zaczął mozolnie przenosić ten nawóz do ogrodu. W końcu, po długim, długim czasie, udało mu się cały przetaścić i okazało się, że kwiaty w jego ogrodzie kwitną piękniej niż gdziekolwiek indziej”.

Jest to metafora o ludziach, którzy latami taszczą ze sobą bagaż przeszłości i  nie umieją wybaczyć. Niektórzy domorośli psychologowie spod znaku New Age podkreślają, że nosimy zatęchłe, śmierdzące, zgniłe śmieci, aby nas przekonać, żeby je czym prędzej porzucić. To tak nie działa. Raczej skłania do porzucenia tych doradców w cudzysłowie.  Chodzi przecież o to aby zwiększyć poczucie własnej wartości, a nie go jeszcze podkopywać bo, że nosisz ze sobą zaśmiardłe śmieci. Ja zrezygnowałam ze znajomości z osobą, która mi tak doradzała. Co nie zmienia faktu, że warto zostawić ten niepotrzebny już bagaż.

Nie bardzo chcemy przebaczyć, nie dlatego, że jesteśmy jacyś wredni czy mściwi. Ale dlatego, że od dziecka jesteśmy uczeni, że jak jest wina to musi być kara. Z jakiej racji, ktoś kto nas kiedyś skrzywdził, ma być bezkarny? Kara spowoduje, że ten wredny człowiek, zrozumie, że źle zrobił. Jakbyśmy chcieli zobaczyć naszego winowajce jak się wije u naszych stóp z poczuciem winy, jak się bije w piersi, jak uznaje, że tyle nagrzeszył.

Gdyby tylko tak to działało, ale nie działa. Jak świat światem, żadne kary nigdy nikogo ani niczego nie naprawiły, wręcz przeciwnie. Nie musimy karać tego człowieka czy cierpieć, jaka to niesprawiedliwość, że on sobie chodzi jakby nigdy nic bezkarnie. Od tego jest Bóg, to jego zmartwienie i rola. Niech Bóg się o to troszczy. Niech go ukaże, jeśli uzna to za słuszne.

Czasem nawet niegłupio jest dobrze życzyć naszym winowajcom. Żeby tak dostał jakiś spadek, awans, zakochał się, niech się tym zajmie i zniknie z mojego życia. Skutek ten sam.

Może lepiej użyć słowa „dopuścić”, dać spokój, przestać o tym myśleć, wykreślić ze swego życia, uznać za byłe, spisać na straty. „Spisać na straty” to jest dobre określenie. Czasem tak jest, nawet bardzo często, że coś trzeba spisać na straty, zezłomować, zaksięgować jako stratę, zapisać jako zużyte.

To jest poradzenie sobie z przeszłością. A teraz kolej na przyszłość.

To już w kolejnym wpisie: cdn

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *